KWIAT PAPROCI 4

KWIAT PAPROCI 4
*

Plawecki wyszedl na zewnatrz i odetchnal. Wygladal teraz jak prawdziwy chlop. I czul sie znakomicie. W lekkich, lnianych portkach, w lykowych lapciach i zgrzebnej koszuli, upal nie byl tak odczuwalny. Teraz juz wiedzial, dlaczego wiesniacy tak dobrze znosili dzisiejszy skwar.
Zaraz za nim wyszla z chalupy Pustólecka z Hanka. Obie szeroko usmiechniete, trzymaly sie za rece. Otworzyl szeroko oczy. Józefina w ubraniu dziewczyny wygladala przeslicznie. Wlosy, od powrotu z nad rzeki rozpuszczone, teraz miala splecione w gruby warkocz, przerzucony przez lewe ramie. Okazale piersi niemal rozrywaly, przyciasna jednak, koszule. Nie wiedzial, czemu bardziej sie dziwic – nieoczekiwanej przemianie Pustóleckiej, czy jej naglej zazylosci z Hanka.
– Chodzcie kochani, chodzcie! – wolala z daleka Borowikowa. – Bo ostygnie!
Pustólecka tez byla zadowolona. Ubrana jedynie w cieniutka koszule i spódnice, kompletnie naga pod spodem, czula sie tak swobodnie, jak nigdy dotad. Zrywajacy sie od czasu do czasu lekki wiaterek, wdzieral sie pod spódnice i piescil cialo w niewypowiedziany sposób. Warkocz tez sie jej podobal. Splotla go sama, nie pozwalajac nawet dotknac Hance swoich wlosów.
Ruszyli do sadu. Drzewa owocowe ciagnely sie tu dlugimi szeregami. Skraje sadu byly obramowane krzakami agrestu, porzeczek, a przy plocie takze malin. Jednak na owoce bylo jeszcze duzo za wczesnie. Daleko, poza wyrwa w plocie widac bylo ciagnace sie szeregiem zarosla.
Pod rozlozysta jablonia stal duzy drewniany stól, zaslany bialym jak snieg obrusem, otoczony dwiema dlugimi lawami i kilkoma drewnianymi pienkami. Zastawiony byl po brzegi. Glówne miejsce zajmowala ogromna micha parujacej kielbasy, smazonej w sosie piwnym. Z boku staly pólmiski z pokrajana w grube plastry szynka, wedzona i gotowana; misa z kiszonymi ogórkami prosto z beczki; talerze z sledziami w smietanie, nózkami wieprzowymi, grubym, krwistym salcesonem i innymi wedlinami; faska ze swiezym miodem, a takze wielki slój z konfiturami. Z boku lezal ogromny, pachnacy bochen zytniego chleba, wielki jak kolo od wozu. Byl tez koszyczek z serem: wielka gomula bialego i zóltym, wielkosci cegly. Pomiedzy daniami stal spory dzban kwasu chlebowego i kilka butelek domowego wina. Nie bylo jedynie masla, które w tym upale natychmiast by sie rozpuscilo. Za to z boku, obok stolu, lezal na krzyzakach antalek piwa.
Za stolem siedzieli juz obaj bracia i siali wsród potraw spustoszenie. Plawecki bez wahania do nich dolaczyl. Pustólecka przelknela sline. Byla oszolomiona bogactwem smakolyków, choc przeciez Borowikowa zapowiadala skromny poczestunek. Nie miala tez pojecia, w jaki sposób dziewczyny tak szybko sie uwinely. Jednak widzac znikajace szybko ze stolu wiktualy, poszla w slady towarzyszy. Nikt nie tracil czasu na rozmowy, wykorzystujac gebe na o wiele ambitniejsze cele. Borowikowa stanela z boku, z zalozonymi na piersiach rekami i z zadowoleniem przygladala sie jedzacym.
Gdy ze stolu zniknela juz wiekszosc dan, pojawila sie Hanka, usmiechnieta jak aniol. Postawila na stole ogromna mise z goraca, pachnaca jajecznica, chyba z dwudziestu jaj, gesto szpikowana grubymi na centymetr kostkami szynki. Calosc zalana byla gesta jak maslo smietana. Plawecki z rozkosza zaweszyl. Wprawdzie wydawalo mu sie ze juz jest pelny, ale tego nie mógl sobie odmówic. Nalozyl sobie na talerz kopiasta porcje. Hanka wcisnela sie na lawke, miedzy niego i Pustólecka.
– Zostawcie sobie troche miejsca, bo jeszcze deser bedzie! – uprzedzila Borowikowa. – Akurat na niedziele zrobilam.
Z krzaków, za wyrwa w plocie, dolecial ich raptem wrzask. Coraz to glosniejszy i przenikliwszy, stopniowo przeszedl w wycie i ciagnal sie tak przez chwile, by w koncu urwac na najwyzszej nucie. Plawecki poruszyl sie zaniepokojony. Czyzby kogos mordowano?! Pustólecka równiez przestala jesc, jednak na reszcie nie zrobilo to zadnego wrazenia. Sprawe wyjasnil Jasiek.
– Dziadek do Kryski sie dobral – mruknal z pelnymi ustami.
– To on jeszcze moze?! – Józefina omal sie nie zakrztusila.
– Oj, moze, moze… – potwierdzila Hanka z rozmarzonym usmiechem.
Pustólecka z Plaweckim spojrzeli na nia jednoczesnie z niedowierzaniem. W ich glowach kolatalo jedno, niewypowiedziane pytanie… Hanka mrugnela do nich lobuzersko i zajela sie jajecznica.
Z zarosli wyszla Kryska. Zblizala sie do nich szybko, leciutko sie zataczajac. Gdy doszla, klapnela na lawke z glosnym westchnieniem. Jej starannie spleciony warkocz byl teraz wiechciem sterczacych na wszystkie strony wlosów. Rece jeszcze sie trzesly, ledwo dostrzegalnie.
– A ostrzegalam – nie podchodz do niego! – mruknela Hanka.
– Z zaskoczenia mnie wzial, dziad parszywy, no… – burknela gniewnie Kryska.
Jednak jej promieniujace zadowoleniem oczy, przeczyly temu, co mówila o dziadku. Plawecki pokrecil glowa. Widzial tu juz tyle, ze przeszedl jednak nad tym do porzadku dziennego. Pustólecka przeciwnie. Nowa sensacja nie dawala jej spokoju. Taki stary dziadyga i jeszcze moze?! I to chyba niezle, skoro widac po dziewczynach ze sa nim tak zachwycone. Jaki byl jego sekret? Umiejetnosci? A moze… Moze mial wiekszego niz Kuba?! Przeciez inaczej Kryska by sie tak chyba nie darla? Zamyslona zapomniala o jedzeniu. Inni wykorzystywali jej bezczynnosc – z pólmisków ubywalo w zastraszajacym tempie.
Plawecki nalal sobie wina i skosztowal ze znawstwem.
– Dobre – mlasnal. – Z czego to robicie?
– A róznie – odpowiedziala gospodyni. – Z jablek, z porzeczek. To akurat, to z winogron robie.
Machnela reka za siebie. Plawecki dopiero teraz spostrzegl, ze ód strony sadu cala chalupa porosnieta jest winorosla.
– Pieknie tu sobie zyjecie – westchnal z zazdroscia.
Czul sie pelny po dziurki w nosie. Reszta towarzystwa takze juz chyba miala dosc. Z trudem pohamowal bekniecie. Pustólecka jednak nie miala zadnych skrupulów. Beknela tak poteznie, ze omal nie spadla z lawy.
– Józefino! – Plawecki byl w szoku. – Nie wypada tak!
– Dlaczego? – beknela glosno po raz kolejny. – W wielu krajach, zwlaszcza w Azji, jest to oznaka sytosci, dobrego wychowania, a takze oznaka tego, ze jedzenie smakowalo. No i szacunku dla gospodarza.
Tu Pustólecka poklonila sie Borowikowej. Ta odklonila sie, rozbawiona.
– Skad panienka to wie? – zaciekawila sie Kryska.
– Jako dziecko duzo podrózowalam z ojcem po Wschodzie – wyjasnila Pustólecka, nalewajac sobie wina. – Bylam w Indiach, w Chinach, a nawet w Japonii. Potem, gdy juz ukonczylam szkoly, znowu jezdzilam po Azji przez pare lat. Odnawialam przy okazji ojcowe kontakty biznesowe.
– Widziala panienka kawal swiata – westchnal z zazdroscia Jasiek. – Ja tam nigdy na krok sie z Paprotni nie ruszylem.
– Nie masz czego zalowac, Jasku – mruknal Plawecki. – Niektórych rzeczy lepiej nigdy nie ogladac.
Józefina, o dziwo, przytaknela. Siedzieli dalej przy stole, popijajac leniwie resztki wina. Borowikowa z Kryska zniknely w chalupie i juz po chwili wrócily z nowymi przysmakami. Na stole pojawilo sie wielkie marcepanowe ciasto z kruszonka, pachnace migdalami, cukrem pudrem i olejkiem rodzynkowym. Prócz tego pojawilo sie kilka nowych butelek, tym razem z nalewka i wódka.
Plawecki westchnal. Nie mial juz prawie sily, aby jesc, ale ciasto pachnialo tak kuszaco…
Z krzaków tymczasem wylazl dziadek Obierka. Podciagnal zadowolony swieze portki i szybko dolaczyl do towarzystwa. Ulokowal sie na skraju lawy, tuz obok Józefiny i natychmiast zrobil przeglad zawartosci stolu. Pustólecka odsunela sie od niego, na ile tylko mogla. Czyli niewiele.
– Ty sie do zarcia nie przymierzaj! – ostrzegla Borowikowa. – Póki co, na suchym chlebie poprzestan.
– Ale pic chyba moge, co? – dziadek porwal ze stolu najwieksza, napelniona do polowy butelke i wyduldal ja jednym haustem. – Czy moze i wina mi pozalujesz, ropucho?
– Jac tam niczego nie zaluje, ale nie chce, zebys mi gosci osral. – burknela gospodyni.
Przy stole rozlegla sie seria glosnych bekniec. To Kuba z Jaskiem, wspomagani przez Hanke, folgowali swoim przeladowanym zoladkom, zacheceni przykladem Pustóleckiej. Plawecki spojrzal na nich niechetnie, lecz zanim sie obejrzal i on beknal tak donosnie, ze zagluszyl obu braci. Józefina rozchichotala sie w glos. Wypite wino dawalo sie juz im porzadnie we znaki.
Borowikowa wyjela z pod fartucha jeszcze jedna, nieduza butelke. W oczach blyszczaly jej iskierki smiechu.
– Macie tu, lyknijcie sobie – rozlala zawartosc do szklanek. – Dobre na trawienie.
Oboje z Józefina siegneli jednoczesnie po szklanki. Reszta towarzystwa obserwowala ich ciekawie. Pustólecka pierwsza wychylila szklanke.
– Dobre – oblizala sie. – Ma moc.
Plawecki poszedl w jej slady. Gdy tylko przechylil szklanke, poczul w gardle ogien piekielny. Poderwal sie z lawy, nie mogac zlapac oddechu, a z oczu poplynely lzy. Pozostali rozrechotali sie w glos, z Pustólecka na czele.
– Co to jest za diabelstwo?! – spytal, gdy tylko odzyskal glos.
– Pieprzówka, panie dzieju, 110 %, job twoju mac! – z duma poinformowal go dziadek. – Na czerwonym pieprzu pedzona. Taki samogonik, ze buzi dac! Stary Obierka zna sie na tej robocie!
Plawecki z trudem lapal oddech. Co za piekielny trunek! Wtedy, ku swemu zdumieniu, zobaczyl, jak Józefina nalewa sobie kolejna porcje.
– Jak mozesz to pic?! – zszokowany, nie zauwazyl nawet, jak przeszedl na “ty”.
– Przyzwyczajona jestem do pikantnych potraw – usmiechnela sie szeroko. – Azja, Lucjanku, pamietasz?
– Dalejze, polej nastepna kolejke, babo! – zakomenderowal dziadek.
– Oczadzial zes, stary? – zaprotestowala Borowikowa. – Przecie by na Kupalnocke nie zaszli, gdyby sie teraz strabili!
Schowala butelke z powrotem pod fartuch.
– Pójdziecie oczywiscie z nami na Kupalnocke, prawda?
Plawecki z Pustólecka spojrzeli na siebie i, jak na komende skineli glowami.
– To i dobrze. Zobaczycie, jak sie bawimy – stwierdzila Borowikowa. – A te wasze miejskie stroje, to lepiej tutaj zostawic. Bedzie troche ludzi z okolicznych wiosek, po co sie macie wyrózniac?
– A daleko na ta Kupale? – Plaweckiemu nie usmiechala sie zbytnio dluga wedrówka.
– Niedaleko, o tam – wskazal reka Jasiek. – Na Sowim Wzgórzu.
Za sadem rozciagaly sie laki i pola na jakis kilometr. Poza nimi widnialy geste lasy, ciagnace sie, zdawaloby sie, bez konca. W jednym miejscu sterczalo, porosniete drzewami, niskie wzgórze, o jednym zboczu stromym, d**gim lagodnym i pochylem. Przypominalo ono dziób drapieznego ptaka wycelowany w niebo.
– Sowim? – spytala Józefina.
– Ponoc kiedys roilo sie tam od sów – wyjasnil Jasiek. – Mówi sie tez czasem na nie Sowiniec, albo Sowiak.
– Na tym to wzgórzu od dawien dawna Kupalnocke palono – dodal Kuba. – Za wojen krzyzackich, potopu szwedzkiego, wojen napoleonskich…
– Napoleon? – wrzasnal dziadek, któremu troche sie w miedzyczasie przysnelo. – Pod Waterloo dostal od nas lupnia, az milo, job twoju mac! Angliki juz ledwie zipaly, jak przyszli my z Blücherem i kota zabojadom pogonili!
– Hamujcie sie, dziadu! – zasmial sie Kuba. – Zaraz sie okaze, ze pod Grunwaldem stawaliscie!
– Grunwald?! – skrzeknal dziadek. – Tam to my przecie…
Tu dziadek spostrzegl wreszcie, ze sie zagalopowal. Chrzaknal zmieszany, zdjal czapke i podrapal sie w lysine. Potem zwiesil glowe i udal, ze spi.
– Pamietam, kiedys czyt… slyszalem bajke o kwiecie paproci, znajdowanym w noc Kupaly – Plawecki uznal, ze sztuka czytania, moze byc dla niektórych tutaj tajemnica. – Ponoc szczescie i bogactwo przynosi…
Bracia, dziewczyny i Borowikowa(dziadek udawal, ze drzemie) spojrzeli na siebie znaczaco, z dziwnym usmiechem.
– Co? – spytal Plawecki troche zdetonowany. – Powiedzialem cos nie tak?
– Nie.
Hanka zastanawiala sie chwile, potem spojrzala pytajaco na Borowikowa. Ta skinela przyzwalajaco glowa.
– Widzicie… – ciagnela dziewczyna. – Kwiat paproci daje wprawdzie szczescie, bogactwo i w ogóle moc spora posiada, ale…
– Ale…? – podchwycila Pustólecka.
Odepchnela dziadka, który ukradkiem mietosil jej kolano.
– Przestancie! Wstydu nie macie, zeby w waszym wieku…
– He, he, he! – zarechotal zadowolony dziadek, podkrecajac wasa. – Obierka moze i stary, ale swoim kijaszkiem potrafi jeszcze zmacac, gdzie babska slabizna!
– Przestancie!
– No i co z tym kwiatem? – przerwal klótnie Plawecki.
– To tylko wskazówka jest! – wyjasnil Kuba. – Prowadzaca do wiekszego skarbu.
– Jakiego skarbu? – spytal oniemialy Plawecki.
– Do Korzenia… – w oczach Borowikowej zamigotaly dziwne, purpurowe swiatelka. – Do Korzenia kwitnacej paproci!
Siedzieli przez chwile oniemiali ze zdumienia. Borowikowa przysiadla na jednym z pienków, poprawila spódnice i zaczela opowiadac. Mówila niby do wszystkich, ale niemal caly czas patrzyla na Plaweckiego.
– Kwiat paproci znajdowalo juz wielu ludzi, ale malo który wiedzial, ze Korzen kwitnacej paproci jest wielekroc cenniejszy od Kwiatu. Cala paproc zreszta, przepelniona jest potezna moca, ale rzadko ja ujawnia. Niemal wcale. Widzi jednakowoz wtedy kazdy ludzki uczynek i za kazdy z nich odpowiednia zaplate daje. Za dobry nagradza, za zly kaze. Moja babka mawiala, ze paproc takich ludzi osadzila.
Tu Borowikowa zerknela z pod spuszczonych powiek na Plaweckiego, a potem na Pustólecka. Potem zaczela kontynuowac.
– Nie pod kazdym Kwiatem jednak mozna znalezc ten wlasciwy Korzen, moca wielka przepelniony. Jeden na sto sie trafia, jeden na tysiac. Co wazne, znalazlszy Kwiat, nie wolno go zrywac, dopóki Korzenia sie nie wykopie, inaczej wszystko na nic. Posiada Korzen ów wiele mocy, o których nikt wszystkiego nie wie. Juz zwykly korzen paproci ma silne wlasciwosci lecznicze, ale ten od kwitnacej przewyzsza zwykle korzenie swa moca wielokrotnie. Moze on przywracac zycie, przedluzac je w nieskonczonosc lub dawac wieczna mlodosc. Albo tworzy sie z niego eliksiry i wywary milosne o skutecznosci przewyzszajacej wszystko inne. A to i tak niewielka liczba jego mocy, o których mi wiadomo. Jednak to od czlowieka wiele zalezy. Gdy bowiem posiadaczem zostanie czlowiek zly, moze czynic rzeczy tak przerazajace, ze ludzki rozum tego nie ogarnie. Ale i najlepszy nawet czlowiek moze zlo sprowadzic, gdy niedobre emocje nim targaja. Nie daje on jednak zadnych korzysci materialnych. Inaczej mówiac, jesli kto zazyczy sobie bogactwa, nie dostanie ani zlotówki, a jedynie wiedze i umiejetnosci, które pomóc moga w zdobyciu majatku. Nie mniej jednak, te umiejetnosci trzeba jeszcze umiec wykorzystac. Niewielu z posród tych, którzy Korzen znalezli, moglo sie tym chwalic. Wiekszosc zaginela w niewyjasnionych do dzis okolicznosciach. Ostatni taki raz, o którym wiem, wydarzyl sie ponad sto lat temu. Zarówno Kwiat, jak i Korzen, nigdy nie usychaja. Zawsze sa tak swieze, jak gdyby dopiero co zerwane byly. I zawsze sa czyste. Kwiat jasnieje z daleka zielonkawym blaskiem, tedy latwo po nocy go znalezc. Korzen natomiast promieniuje lekkim, purpurowym swiatlem, a jego ksztalt… Cóz, korzen pokrzyku na ten przyklad, ma ksztalt czlowieka, a paproci…
– Czlowieka? – przerwala Pustólecka. – Korzen azjatyckiego zen-szenia tez ma ksztalt czlowieka!
– Byc moze – zgodzila sie Borowikowa. – Tego to ja nie wiem.
– To jaki ten Korzen paproci ma ksztalt?
Plawecki znuzony dlugim opowiadaniem zaczynal przysypiac. Pustólecka tez byla zmeczona. Z trudem podniosla sie z lawki i przeciagnela leniwie.
– Ksztalt? – zarechotal dziadek. – W ksztalcie to on przypomina wielkiego kutasa, o!
Doskoczyl z tylu do Pustóleckiej i zlapal ja za piersi. Józefina zawyla wsciekle. Wywinela sie kocim ruchem z objec staruszka i trzepnela go tak, ze machnawszy kozla, polecial w trawe. Zgromadzeni wybuchneli smiechem. Poza Plaweckim.
Plawecki byl w szoku. Przez kilka lat ze sporym powodzeniem cwiczyl boks, no i szermierke. Mial do tego, jak twierdzili trenerzy, wielki talent. Szybkosc, refleks, dobra koordynacje, a przede wszystkim zdolnosc oceny ruchów przeciwnika. Od razu wychwycil wiec pewien szczegól, którego nikt, poza nim samym, nie byl w stanie ujrzec. Teraz siedzial jak zamurowany, zszokowany tym co zobaczyl. Pustólecka trzasnela dziadka typowo po babsku, otwarta reka w twarz. Jednak sam cios zaczela wyprowadzac zupelnie inaczej i gdyby w ulamku sekundy nie zmienila toru i katu uderzenia, dziadek zostalby mocno okaleczony. Co najmniej…
Józefina tymczasem, warczac wsciekle, doskoczyla do dziadka, zamierzajac go kopnac w pewne miejsce, gdy chwycila ja Hanka.
– Spokojnie, panienko! – przytrzymala, smiejac sie, Józefine. – Nie godzi sie starego tak poniewierac.
– Niech na przyszlosc trzyma lapy przy sobie, bo nie recze za siebie! – Pustólecka, niezle wstawiona, z trudem sie uspokajala.
– Ech! – steknal dziadek, zbierajac sie z trawy. – Ech, job twoju mac!
– Ale panienka ma cios! – Kuba gwizdnal przez zeby.
– Ponioslo mnie troche, przepraszam – reflektowala sie Józefina, poprawiajac okulary. – Chyba za duzo wypilam.
– Jak my wszyscy chyba – stwierdzila Borowikowa i spojrzala na slonce. – Do zmroku szmat czasu, dopiero czwarta niedaleko. Warto sie polozyc i zdrzemnac do wieczora. Zwlaszcza panstwo mocno znuzeni byc musza.
– Oj tak – mruknal Plawecki.
Dopóki ucztowali jeszcze sie trzymal, ale dopiero teraz, gdy byl najedzony, czul prawdziwe zmeczenie. Ledwie mógl ustac na nogach. Józefina nie wygladala lepiej.
– Hania, zabierz panienke do swego alkierza – zakomenderowala Borowikowa. – A ty, Krysia, polóz pana Lucjana u siebie w komorze.
– My z Jaskiem pójdziem do stodoly – ziewnal Kuba. – Zda sie kimnac pare godzin.
– Tak, morzy sen strasznie – mruknal Jasiek. – Pewnikiem burza bedzie wieczorem, alibo w nocy. Nie darmo kania nad rzeka dzdzu wolala.
Prowadzeni przez dziewczyny poszli do chalupy. Dziadek, oblizujac sie chytrze, ruszyl za Hanka i Józefina, lecz po chwili zmienil kierunek i z mina cierpietnika potruchtal w strone wychodka. Pustólecka zniknela z Hanka w znajomym sobie pokoiku, a Plaweckiego zaprowadzila Kryska do ciasnej izdebki w tyle domu. Pod oknem stalo tam spore lózko z pieknie rzezbiona porecza, zaslane pasiastym kilimem. Plawecki zwalil sie na nie z westchnieniem ulgi, zrzuciwszy jedynie lapcie.
– Spijcie spokojnie, panie Lucjanie – usmiechnela sie Kryska. – Gdy nadejdzie pora, obudze was.
Nie zauwazyl juz, jak wyszla. Sen dopadl go niemal natychmiast, stopniowo wylaczajac swiadomosc. Slyszal jeszcze, jak przez mgle, jakies westchnienia za sciana, potem juz nic nie pamietal.

*

Pustólecka byla na siebie wsciekla. Jak mogla tak stracic nad soba kontrole?! Nigdy dotad to sie jej nie zdarzalo. Zawsze potrafila nad soba panowac, nauczyla sie tego juz dawno. A tu…? Z Hanka, z chlopakami, a teraz ten dziadyga… Co to miejsce, co to za ludzie, ze tak wszystko na glowie staje?! Poza tym nie powinna tyle pic. A malo brakowalo, i powiedzialaby za duzo. Mogloby to zrujnowac wszystkie jej plany.
– Nie przezywajcie tak tego, panienko – Hanka usiadla przy niej na skraju lózka. – Nie bedziecie mogli zasnac z tej nerwacji.
No wlasnie! Dokladnie o tym myslala. Taka Hanka: zwykla chlopka, mlodziutka w dodatku, a tak blyskotliwie potrafi wszystko odgadnac! Gdzie oni z Plaweckim trafili?! Czyzby…
Hanka nie dala jej pozbierac mysli. Wsunela reke pod koszule Pustóleckiej i zaczela ja glaskac po brzuchu. Potem zbladzila na piersi i tam d**ga reka dolaczyla do pierwszej. Chwile je masowala, potem zadarla koszule i wtulila usta w slodki rowek pomiedzy mietoszonymi piersiami.
Pustólecka przymknela oczy z rozkosza. Sennosc walczyla w niej z pozadaniem o pierwsze miejsce. Pieszczoty Hanki cudownie ja rozluznialy. Siegnela i przytulila dziewczyne do piersi, glaszczac ja po wlosach. Hanka w odpowiedzi dobrala sie Józefinie do brodawek. Józefina zaczela posapywac. Takie pieszczoty zawsze ja rozklejaly. Cholerna smarkula! No i znowu przestawala nad soba panowac! Tak nie moze byc! Musi ja odepchnac! Musi…
Hanka nie przerywajac calowania i ssania brodawek, wsunela rece pod spódnice Pustóleckiej i powedrowala nimi wzdluz ud w góre. Piescila ja, starannie omijajac strategiczne miejsce. Józefina poczela jeczec. Z kazda kolejna pieszczota coraz glosniej. Dziewczyna zostawila piersi. Zadarla spódnice Pustóleckiej i zjechala nizej. Powoli jezdzila ustami po wewnetrznej stronie ud, tam i z powrotem, wydzierajac z Józefiny kolejne jeki. W koncu zanurzyla twarz w jedwabistym futerku. Pustólecka pisnela cienko, gdy jezyk Hanki zaczal penetrowac jej wnetrze. Wczepila palce we wlosy dziewczyny, z trudem hamujac wycie. Jezyk Hanki tymczasem szalal, to przyspieszajac, to zwalniajac, zagladajac w najglebsze zakamarki; zeby chwytaly i delikatnie przygryzaly falbanki warg; usta chwytaly i ssaly lsniacy koralik, doprowadzajac Józefine na skraj obledu. Gdy spazm targnal jej cialem, trysnela sokami prosto w twarz Hanki. Na chwile pociemnialo jej w oczach. Kiedy doszla do siebie, Hanka leniwie dopieszczala ja jezykiem, spijajac reszte soków. Józefina westchnela gleboko. Alez ta dziewczyna ja odprezyla! Nieoczekiwanie zmeczenie zaatakowalo ze zdwojona sila, wspomagane przez delikatne, konczace pieszczoty. Poprzez granice jawy poczula, jak dopada ja powoli sen.

*

Hanka wstala i, zadowolona z siebie, spojrzala na Pustólecka. Józefina spala posapujac, z lekko uchylonymi ustami, z wyrazem blogosci na twarzy. Dziewczyna usmiechnela sie triumfalnie, wytarla twarz i ruszyla do wyjscia. Obracajac sie, potracila rzeczy Pustóleckiej zlozone na skrzyni. Schylila sie i zaczela z powrotem ukladac wszystko na miejscu. Cos spadlo i potoczylo sie po podlodze. Hanka zamarla. O Boze! Czy to mozliwe?! Skad…?! Cóz, to by chyba wyjasnialo pewne rzeczy… Poczula, jak wlosy jej sie jeza, a po karku splywa lodowaty dreszcz. Dokladnie to samo czula w dziecinstwie, gdy zaatakowal ja wsciekly pies. Uratowal ja wtedy Obierka, ale pózniej Borowikowa wyjasnila, ze bedzie czula sie tak zawsze w obliczu smierci. Obejrzala sie sploszona na Pustólecka. Ta spala nadal, posapujac, ale Hanka wciaz nie mogla sie pozbyc uczucia zagrozenia. Koniecznie musi porozmawiac o tym z ciotka! Poukladala szybko wszystkie rzeczy Pustóleckiej na swoim miejscu i wymknela sie z izby.

*

Bir cevap yazın

E-posta hesabınız yayımlanmayacak. Gerekli alanlar * ile işaretlenmişlerdir